Rodział 3

- Czas wstawać! Dziś szkoła! - zagrzmiało nagranie od budzika. Jednym ruchem palca, wyłączyłam je i przewróciłam się na drugi bok. Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór. Po tym jak zaśpiewałam na karaoke rodzice powinni być wściekli, zamiast tego całą drogę powrotną milczeli. Nie odezwali się nawet jednym słowem.
 Wstałam z łóżka i powlokłam się do łazienki. Jeśli nie byli źli to o co im chodziło? Nie mam ochoty na kolejne rozpracowywanie ich. Już kiedyś próbowałam.
 Po parunastu minutach weszłam do pokoju i otworzyłam szafę. Wyjęłam jeansy boyfriend, mój ulubiony, długi t-shirt, który schowałam do jeansów. Po chwili namysłu sięgnęłam też po czarny choker. Chwyciłam plecak i zeszłam na dół.
Carol siedział już przy stole i jadł kanapkę. Usiadłam i zabrałam się za owsiankę. Rodziców nigdzie nie widziałam.
- Tata mówił, że masz sama pojechać do szkoły. - powiedział.
- Czym? Rowerem? - zapytałam.Carol podał mi kluczyki.
- W garażu. - odpowiedział i rzucił mi kluczyki.  Ściągnęłam z wieszaka jeansową kurtkę i wybiegłam do garażu. W środku oprócz samochodów rodziców, stał błękitny, stary mini cooper. Był prześliczny. Niewiele myśląc wsiadłam do środka i wyjechałam z garażu. Byłam taka szczęśliwa.
Jadąc zastanawiałam się skąd ten nagły prezent? Wczoraj raczej sobie na niego nie zasłużyłam, wręcz przeciwnie. Normalnie spytałabym się, ale teraz nie ryzykowałabym, jeszcze mogłabym stracić to cudo!
Nim się zorientowałam już byłam na miejscu. Liceum w Lupus Hill leży w zasadzie w samym sercu miasta. Zaparkowałam na pierwszym wolnym miejscu. Kiedy wyszłam z auta, spojrzałam na budynek.
Duży, nad wejściem wisiała flaga w barwach szkoły (czarny i biały), pełno uczniów już przy drzwiach. Podział na grupki, oczywiste, zwyczajne liceum.
Westchnęłam i weszłam do środka z wysoko podniesioną głową. Pamiętaj nie wpakuj się w kłopoty pierwszego dnia. - powtarzałam sobie. Niestety, gdy skręciłam w stronę sali biologicznej już wiedziałam, że nie mi się nie uda.
- E Katie! Nie uciekaj.
- Zostawcie mnie... - wołała drobna blondynka. Była otoczona przez pięciu chłopakach całych ubranych na czarno. - Puście mnie!
- No poczekaj kochana! - jeden z nich, o czarnych włosach pociągnął ją za ramię. - Jeszcze z tobą nie skończyłem.
- Pięciu na jedną to chyba niezbyt uczciwie. - stanęłam z czarnowłosym. Jeśli mam wybrać jedną rzecz jaką na zawsze pozbyła bym się z tego świta, byli by to właśnie tacy ludzie. 
- A to kto? - parsknął, przy okazji puszczając blondynkę i odwracając się w moją stronę. Wszyscy czterej stanęli za nim. - Nowe mięsko?
- Uważaj co mówisz.- zacisnęłam rękę. Nie stawiam się, gdy ktoś mnie dręczy, wręcz przeciwnie. Całe życie brałam wszystko na klatę, czyniło mnie to silniejszą, ale gdy kogoś dręczą, nie jestem w stanie się powstrzymać...a teraz pierwszy raz w życiu byłam w stanie użyć przemocy.
- Twarda, co? - zaśmiał się. - Jeszcze Cię złamię. - szepnął mi do ucha i odwrócił się. Nie wytrzymałam i uderzyłam go między łopatką a kręgosłupem. Dobrze wymierzony cios w tamto miejsce powoduje chwilowy paraliż. Chłopak osunął się natychmiastowo na ziemię. Jego koledzy natychmiast rzucili mu się na pomoc.
- Jeszcze się policzymy.  - usłyszałam tylko za sobą. Przewróciłam tylko na to oczami.
- Wszystko, ok? - zapytałam blondynki, która stała z wytrzeszczałymi oczyma.
- Taaaak, co ty zrobiłaś Louisowi? - patrzyła na mnie jak na wybawicielkę.
- Nic takiego, pomogłam mu się odprężyć. - uśmiechnęłam się. - Jakbym go przerzuciła przez ramię na pewno skończyłoby się to u dyrektora, a ja jakoś nie mam na to ochoty dzisiaj. - zaśmiałam się. Dziewczyna odpowiedziała głośnym śmiechem. Lubię ją. 
- Jestem Nina. - przerzuciła książki, które trzymała na drugą rękę.
- Nicole - uścisnęłam jej rękę.
- Jesteś nowa? - zapytała.
- Tak, bardzo widać?
- Niewiele ludzi tu mieszka, wszyscy się znają, każda nowa twarz to nowa okazja do plotkowania.
- Już o mnie plotkowano? - zaśmiałam się.
- Nie, znaczy... Mówiono o Tobie, ale nic złego! - uśmiechnęła się. - Zwykle nowy siada sam, ale jeśli chcesz możesz usiąść ze mną i z moimi przyjaciółmi na lunchu.
- Chętnie. - odpowiedziałam.
- Serio? - spytała zdziwiona.
- Pewnie.  - mogłam dostrzec miłe zaskoczenie na jej twarzy. - Masz teraz biologię?
- Tak, ty też?
- Tak i nie mam bladego pojęcia gdzie jest wolne miejsce, a nie chciałabym wplątać się w jakieś kłopoty.
- Ostatnia ławka po prawej, ale chyba to Ci nie wyjdzie, trzymanie się od kłopotów.
- A to czemu?
- Właśnie pobiłaś niepokonanego gościa w szkole, w dodatku wilka.  - rzuciła i weszła do sali.
Całą lekcję, zastanawiałam się kim są wilki i czy to możliwe, że dosłownie pierwszego dnia wpakowałam się w największe bagno?! Sprawdziłam stronę szkoły. Wpisałam słowa "wilki" w wyszukiwarkę, ale wyskoczyło tylko "brak wyników".
- A i panna Wolf Nicole, proszę zostać po lekcji, mam do Pani parę pytań. - spojrzałam się przestraszona na nauczyciela. O nie nie nie! Czy ten frajer poszedł się poskarżyć?
Tak jak mi kazał nauczyciel, zostałam po lekcji  w sali. Stanęłam przy biurku i przyjrzałam mu się. Był raczej już w podeszłym niż w średnim wieku, jego okulary przypominały mi okulary mojego dziadka,  a włosy.. hmmm.... no on ich po prostu nie miał.  Powoli wstał z krzesła i patrzył na mnie chwilę.
- Wyglądasz na porządną firmę pani Wolf.
- Dziękuję.
- O czym była dzisiejsza lekcja?
- O krzyżówkach genetyczno-gatunkowych.
- Brawo. - uśmiechnął się, widać sprawiło mu przyjemność to, że uważam na jego lekcji. - Chciałem tylko spytać się jak podoba się Pani nasza szkoła i przejrzałem Pani wyniki z poprzedniej placówki... Jestem zaintrygowany, mam nadzieję, że startuje Pani do drużyny sportowej?
- Mam takie zamiary.
- To dobrze, zdecydowanie przyda nam się taki skarb jak Pani- uśmiechnęłam się i  ruszyłam w kierunku drzwi. - A i jeszcze jedno! - odwróciłam się. - Proszę nie wpakować się w kłopoty Panno Wolff. - zarumieniłam się i wyszłam.
Ku mojemu zdumieniu przed salą czekała na mnie Nina.
- Cześć! - rzuciła, kiedy wyszłam i zamknęłam drzwi. - Pomyślałam sobie, że skoro to twój pierwszy dzień to pewnie nikogo nie znasz, oprócz mnie i, że może potowarzyszę Ci dzisiaj?
- Byłoby super! - uśmiechnęłam się. - Może pomożesz mi w paru rzeczach?
- Pewnie! O co chodzi? Jeśli masz problemy z jakimś przedmiotem mogę dać Ci korepetycję, jestem najlepsza z klasy.
- Nie, z nauką nie jest tak źle. Chciałabym zapisać się do drużyny lekkoatletycznej, czytałam na stronie szkoły, że jest tutaj taka.
- Jesteś sportowcem?
- Lubię i sport i trenuję różne dyscypliny od dziecka.
- Jak karate i jujutsu?
- Coś w ten deseń.
- Musisz mnie kiedyś nauczyć tego chwytu, co użyłaś na Louis'ie. 
Gadałyśmy na każdej przerwie. W jej towarzystwie czułam się  swobodnie, super mi się z nią gadało i w ogóle. Dowiedziałam się, że żeby się dostać do drużyny muszę przyjść na ich następny trening, który mają jutro, Nina obiecała, że będzie siedziała na trybunach i będzie mnie wspierać.
- Duchowo, bo nie za bardzo lubię się drzeć. - śmiała się.
Po 4 lekcjach przyszła pora na lunch.
- Polubisz ich, są super. Tylko pamiętaj Al jest mój. - zaśmiałam się.
- Spokojnie, nie interesują mnie teraz związki.
- To dobrze. - powiedziała, ale wyglądała na zaniepokojoną. - Wiesz, pewnie opowiedzą Ci dokładnie o ludziach, którzy chodzą do naszej szkoły, jeśli będziesz chciała zmienić stolik, zrozumiemy.
Nie odpowiedziałam. Pewnie tego nie zrobię, ale nie znam jeszcze znajomych Niny. Weszłyśmy, więc do stołówki, jak gdyby nigdy nic, ale w środku gotowałam się ze stresu.  Nigdy tego nie okazję, jeśli sport i rywalizacja czegoś mnie nauczyły to właśnie tego, nie okazywać strachu i stresu, to tylko podbuduje twoich rywali.
Podeszłyśmy do stolika przy którym siedziało dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Nina przedstawiła mnie.
- To jest Nicole, jest nowa. Niedawno się sprowadziła. Poznałam ją na pierwszej lekcji, obroniła mnie przed wilkiem.
-  Wow! - powiedział brunet w okularach, wstał i podał mi rękę. - Jestem Al, chłopak Niny. - pasowali do siebie, mogę przysiąść, że mają takie same oprawki. Wyglądał na mózgowca, ale bardziej humanistę niż ścisłowca.
- Max. - przedstawił się ciemnoskóry chłopak po drugiej stronie stołu, miał na sobie szkolną bluzę. - To Daisy, moja dziewczyna.
- Cześć ! - prawie pisnęła platynowa blondynka, dam stówę, że jest albo była cheerleaderką, mówi mi to jej różowa szminka. - Miło Cię poznać. 
- A to Grace. - Nina wskazała na dziewczynę o czarnych jak smoła włosach, wyglądała najspokojniej z nich wszystkich.
- Siema. - rzuciła.
- Hejka - odpowiedziałam i usiadłam z moim lunchem. Dziś miałam sałatkę z orzechami i sok pomarańczowy.
- Jesteś pewna, że chcesz z nami siadać?- zapytał Al. - Potem nie będzie już odwrotu.
- A z kim innym mam usiąść?
- Widzisz tamtych? - Al wskazał głową stolik przy którym wszyscy byli ubrani w sportowe, szkolne stroje. - Cheerleaderki i sportowcy, są spoko, ale przybliższym spotkaniu moga wydawać się trochę hm... egocentryczni.
- Obok - kontynouowała Nina. - Siedzą geniusze, najlepsi z najlepszych.
- Czemu z nimi nie siedzisz?
- Kiedyś siedziałam, długa historia.
- Nie pros ich o nic. - powiedział Max. - I tak Ci nie pomogą.
- Dalej są veganie, hipsterzy i oczywiście my. - dokończył Al.
- A wy kim jesteście?
- Dziwacy, - odezwała się Grace. - Mieszanka wszystkiego co tu jest. Ja byłam najpierw veganką, potem hipsterką. Max był sportowcem póki nie skręcił kostki, podobnie Daisy...
- Ja po prostu tęskniłam za moim skarbeczkiem. - pocałowała Maxa w usta.
- Taaaa, a Nina była geniuszem.
- A ty Al? - zapytałam.
- Ja od początku byłem sam. Ode mnie zaczęła składać się ta grupa.
- A co z tamtymi? - wskazałam głową stolik, przy którym siedział chłopak, który napadł na Ninę. Może nie uwierzycie, ale wszyscy byli tam ubrani na czarno.
- Nazywami ich wilkami, bo są jak drapieżniki tej szkoły. Zawsze skorzy do bójek i agresji. Nie podchodź do nich, nie patrz na nich, nie zaczepiaj ich, jeśli nie chcesz mieć kłopotów. - przełknęłam ślinę, troszkę na to za późno.
- Ale za to mają największych przystojniaków w całym mieście i chyba świecie! - powiedziała Daisy.
- I największe dziwki. - szepnęła Nina.
- Andrew Segundo jest najlepszy! - westchnęła Daisy. - Jest najprzystojniejszy, najsilniejszy i taki tajemniczy!
- Wystarczy - mruknął Max.
- Ale ja i tak wolę mojego Maxcia!
- Andrew Segundo? - zaśmiałam się. - Spotkałam go wczoraj na bankiecie z okazji awansu mojego ojca.
Wszyscy zamilkli i spojrzeli na mnie.
- Byłaś tam?! - prawie wrzasnęła Daisy.
- Ich bankiety to imprezy roku. Cała śmietanka towarzyska się zbiera. Każdy chce tam być, podobno mają osobne lokale dla młodzięży i dorosłych.
- Nie widziłam nikogo oprócz młodego Segundo. - wyznałam.
- Gadałaś z nim? - wyczułam, że Daisy jest zazdrosna. Nie wiem jak, ale od małego czułam emocje innych, myślę, że to rodzaj szóstego zmysłu. Czasem czuję ich bicie serc, czasem słyszę to w ich głosie, a czasem po prostu to wiem.
- Nie. - skłamałam. - Właściwie to spędziłam cały wieczór przy bufecie.
- Szkoda. - powiedziała, ale chyba wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę poczuła ulgę.
- Zapomniałam Wam powiedzieć! Nicole startuje jutro do drużyny lekkoatletycznej!
- Serio? - zapytał Max. - Ale super! Przyjdziemy popatrzeć oczywiście.
- Jeśli okażesz się dobra, masz szansę zaistnieć w tej szkole.
- W zasadzie to mam plan, żeby.... - nie zdążyłam dokończyć, bo w tym momencie Daisy i cała reszta innych dziewczyn wykrzyknęła "Andrew!" i wszyscy odwrócili się ku drzwiom. Wszyscy oprócz mnie. Wczoraj poczułam jakąś więź, kiedy śpiewaliśmy. Trochę chyba zbyt mocną, bo niewiele by brakowało i skończyłoby się to pocałunkiem. Słyszałam odgłosy przybijania piątek, wchodzenia na stoły i zwalania tacek na ziemię. Za chwilę jednak poczułam palące uczucie na plecach. Obserwuje mnie, Daisy to zauważyła i powiedziała:
- On patrzy się na Ciebie! - i popchnęła mnie trochę zbyt mocno, tak że spadłam z ławki. Zamiast jednak spaść prosto na plecy i ośmieszyć się na oczach całej szkoły, odepchnęłam się od ławki i zrobiłam przewrót w tył. Nie sądzę by wyglądało to zniewalająco, ale przynajmniej nie bolą mnie teraz plecy. Po chwili dopiero zorientowałam się, że wszyscy patrzą się na mnie, a przez wszyscy mam na myśli całą szkołę. Rozejrzałam się, zobaczyłam Andrew. Stał z tym swoim zadziornym uśmieszkiem.
- Uuuuu! - zakrzyknął, a wszyscy za nim. - Brawo! - i cała sala zaczęła mi klaskać. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zarumienić się i szybko wrócić do mojej sałatki.
- Wow... - powiedziała Grace.
- Tego nauczyli Cię na karate czy jujutsu?
- Na mma. Sztuka upadku. - zaśmiałam się i przesiadłam bliżej Niny, powiedzmy, że Daisy nie sprawiła na mnie dobrego wrażenia.
Wciąż patrzyli się na mnie wielkimi oczami.
- No co? - zapytałam.
Wszyscy z powrotem zajęli się jedzeniem i gadaniem. Zerknęłam jeszcze ukradkiem w stronę Andrew. Właśnie siadł na stole z kumplami. Ich grupa była tak duża, że zajmowali cztery stoliki, a i tak niektórzy siadali na stołach. W ostatniej chwili zauważyłam, że Andrew też zerknął w moją stronę, szybko odwróciłam się w stronę Ala, który coś mówił.
- To co planujesz Nicole?
- Słucham? - zapytałam, cały czas, byłam lekko zszokowana tym co się stało przed chwilą.
- Co planujesz?
- A tak. - przypomniałam sobie. - Chcę namówić dyrekcję by zorganizowała minithriatlon.
- Extra pomysł! - rzuciła Daisy, trochę zbyt entuzjastycznie.
- No. - zgodził się Max.
- Miałam wziąć w takim udział w moje dawnej szkole, a no niestety nie wyszło.
- Trenujesz? - zagadnął Al.
- Całe moje życie. - zaśmiałam się. - Rano biegam albo jeżdżę na rowerze, popołudniu trening mma,  w weekendy na co mam ochotę. Kiedy coś mi w życiu nie wychodzi zaczynam trenować coś nowego, kiedyś trenowałam przez 3 lata boks.
- I martwisz się, że nie dostaniesz się do drużyny? - zaśmiała się Nina.
Do końca przerwy gadalismy o sportach, okazało się, że Daisy nadal jest cheerleaderką, Max biega w czasie wolnym, Al i Nina wolą kibicować, a Grace nie lubi sportu. 
- Czas na lekcje, to ja z Nicole już idziemy, Na razie! - powiedziała Nina, gdy tylko usłyszała dzwonek.
- Pa! - rzuciłam.
- Pa! - odrzyknęli.
Gdy przechodziłyśmy koło sekretariatu, mignął mi plakat drużyny lekkoatletycznej. Zatrzymałam się. Było na nim napisane, że spotkanie dla kandydatów jest dzisiaj...

Komentarze