ROZDZIAŁ 1


Obudziłam się o 11:00, całą noc spałam jak zabita. Wstałam myśląc, że jestem w moim starym pokoju, a okazało się, że.... jestem w zupełnie innym miejscu.
Poczułam ulgę. Przeprowadzając się postanowiłam zacząć nowe życie, życie w którym znajdę prawdziwych przyjaciół i sprawię, że rodzice będą wreszcie ze mnie dumni.
Pełna energii, zeszłam na dół przywitać się z resztą. Wszyscy oprócz mnie w tej rodzinie wstają przeraźliwie wcześnie. Jednak, gdy zeszłam na dole nie było nikogo. Na stole za to leżała karteczka.
Mój żołądek przewrócił się na lewą stronę. Dawniej rodzice zostawiali mi kartkę wyjaśniając ich i Carola całodniową nieobecność. W zasadzie byłam sama w każdy weekend. Myślałam, że tu coś się zmieni.
Zmiotłam kartkę nawet jej nie czytając. Byłam zła i wkurzona, już pierwszego dnia. Otworzyłam lodówkę by zjeść śniadanie. W środku było tylko mleko, szynka, ser i jakieś inne podstawowe racje żywnościowe. W szufladzie znalazłam płatki, więc zalałam je mlekiem i zjadłam chyba dwie porcje.
Jednak nawet po jedzeniu czułam narastająca we mnie frustrację, chciało mi się płakać.
Kiedyś mama nakryła mnie na płaczu z powodu tego, że nikt nie chciał się ze mną bawić na placu zabaw. Powiedziała wtedy coś, co pamiętam do dzisiaj:
- Płacz jest oznaką słabości, dlatego skarbie nigdy nie płacz. - i przytuliła mnie. To jest jedyne wspomnienie w którym okazuje mi jakiekolwiek uczucia. Od tamtej pory nie uroniłam nawet łzy. Znalazłam sposób, żeby żal i smutek przeradzać w złość i gniew, a potem rozładowuje je na wszelkie możliwe sposoby. Tak zaczęła się moja przygoda ze sportem.
Kiedyś myślałam, że zaimponuje rodzicom ocenami, chciałam by byli ze mnie zadowoleni, czułam, że oczekują ode mnie czegoś specjalnego. Gdy jednak Carol zaczął grać w piłkę i rodzice byli tym zachwyceni przerzuciłam się na sport. Jako 10 latka zaczęłam trenować mieszane sztuki walki (ulubiony sport taty) i dołączyłam do drużyny lekkoatletycznej (moja mama zawsze to oglądała w telewizji).
O dziwo okazało się, że jestem w tym całkiem niezła. Szybko łapałam zasady i zawsze dawałam z siebie 100%. Już w pierwszym roku, w którym dołączyłam do drużyny, zdobyłam mistrzostwa szkoły, potem dzielnicy... i dalej jakoś samo się potoczyło, dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez sportu.
Szybko zmyłam naczynia i poszłam na górę umyć się i ubrać. Z walizki wyciągnęłam mój stój sportowy, krótkie spodenki, t-shirt i bluzę. Połowa mojej walizki to właśnie sportowe ciuchy, reszta ma dojechać dzisiaj albo jutro tak samo jak wszystkie inne rzeczy.
Chwyciłam telefon, słuchawki i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi, klucz schowałam pod wycieraczką.
- Zaczynajmy... - szepnęłam zakładając słuchawki. Wybiegłam za bramę i skierowałam się wzdłuż drogi. Biegnąc myślałam o tym jacy będą nowi ludzie w szkole. Wcześniej byłam w dosyć popularna, szczególnie w sportowym kręgu. Miałam nawet chłopaka, który, gdy dowiedział się, że przeprowadzam się na drugi koniec kraju... zwyczajnie przespał się z inną na imprezie po pijaku, za to moja najlepsza przyjaciółka Veronica... cóż, to z nią się przespał.
Rytm wybijany przez perkusję nadawał mi tempo, głęboko oddychałam, zapach drzew uspokajał mnie. Zamknęłam oczy i wyłączyłam się. Biec, po prostu biec do końca życia. - myślałam.
W pewnym momencie zatrzymałam się by się rozciągnąć troszkę. W pewnym momencie doznałam wrażenia, że ktoś mnie obserwuje. Rozejrzałam się, ale wokół nie było nikogo. Spojrzałam wgłąb lasu. Coś tam się poruszyło... Zdjęłam słuchawki, cisza.
Coś mnie tknęło, więc weszłam do lasu. Coś w środku mnie mówiło, że powinnam jak najszybciej stamtąd uciekać, ale ja wciąż szłam naprzód. Co jeśli tam ktoś jest i potrzebuje pomocy?
Nagle usłyszałam trzask gałęzi za moimi plecami, ale gdy się odwróciłam mignęła mi tylko para dwóch błyszczących, błękitnych oczu.
Oniemiałam. Bałam się poruszyć, ale gdy zdałam sobie sprawę, że zwierzę już uciekło, powoli zaczęłam znów spokojnie oddychać.
- Chyba dosyć biegania jak na jeden dzień. - szepnęłam i wybiegłam z lasu na drogę, prosto pod nadjeżdżający samochód, który szybko mnie wyminął i odjechał. Zdążyłam zobaczyć tylko blond czuprynę kierowcy.
Serce biło mi szybciej niż kiedykolwiek. Usiadłam na ziemi. Najpierw coś prawie zaatakowało mnie w lesie, a teraz o mało nie rozjechał mnie samochód. Nie zapomnijmy o tym, że cały dzisiejszy dzień spędzam sama.
Czułam jak mój puls przyśpiesza, powoli wszystko się rozmazywało. Zacisnęłam pięści, wstałam i zaczęłam biec z powrotem.
Zapomniałam wspomnieć, że borykam się z tzw. "atakami paniki"? Nie mam pojęcia dlaczego skąd się wzięły, mam je od kiedy skończyłam 5 lat. Lekarz powiedział mi kiedyś, że jako dziecko wymazałam wspomnienia, które je spowodowały. Kto chciałby pamiętać coś co wywołało traumę? Nie radziłam sobie z nimi, paraliżowały mnie i nie byłam w stanie się ruszyć, często mdlałam.
Od kiedy skończyłam 10 lat nagle zaczęły ustępować, a kiedy się pojawiały zaczynałam trenować i nagle zanikały. To jest kolejny powód dla którego codziennie rano i wieczorem biegam. Niedługo, ale zawsze. Gdyby nie to, najprawdopodobniej musiałam bym zażywać silne leki psychotropowe, a tego nigdy nie zrobię, bo to oznacza ostateczność.
Biegłam, biegłam ile sił miałam w nogach. Powoli uczucie odrętwienia ustępowało, odzyskiwałam świadomość. Obraz się ostrzył i nagle spostrzegłam, że już dawno wybiegłam z lasu i stoję na skraju przepaści! W dole morze uderzało o klif, białe grzywy fal pieniły się jakby były na mnie wściekłe.
Krzyknęłam i cofnęłam się do tyłu. Niestety nie zauważyłam korzenia za mną i przewróciłam się, uderzając się w głowę. Świat znów zawirował, a ja odpłynęłam myśląc jak piękne jest niebo...

Komentarze